MUSIK IS THE KAYAH
Po babci to mam.
To nie będzie zabawna historia. To będzie spacer. Chyba, że kogoś wyjątkowo rozbawi opis wyjścia z domu - moje jego opuszczenie. Z mieszkania, w którym żyję, z babcią moją - wyjście smoka. Z sytuacji bez wyjścia - pozornie, zawsze można się ewakuować. Wystarczy jedna, czerwona walizka.
Ja mam dużą.
To stara kamienica, szara i skurczona ze starości - jak stare jest jej miasto, nie czerwona. Piękna, jakby chwycić w dłoń antyk - filiżankę, albo świecznik jakiś i postawić w samym sercu szybkiej metropolii. A wszystko i wszyscy do tej filiżanki antycznej magnetycznie ciągną, by wypić z niej świeżo zmieloną i zaparzane, espresso doppio. I starzy ludzie wszędzie, szaro-pergaminowi. Stąd wzięła się nazwa.
„Mamo, dlaczego starówka nazywa się starówka?”. Oczywiście nie dała mi czasu na odpowiedź - analizuje szybciej niż ja. Po mnie to ma. „Aaaa wiem, bo tu sami starzy ludzie mieszkają.”
„Mamo, dlaczego starówka nazywa się starówka?”. Oczywiście nie dała mi czasu na odpowiedź - analizuje szybciej niż ja. Po mnie to ma. „Aaaa wiem, bo tu sami starzy ludzie mieszkają.”
Babunia ma 85 lat, za pięć miesięcy 86 skończy. Gwiazdy mówią, że ryba. Lubię rybki kolorowe i błyszczące, w złotej poświacie, jakby mgiełką, pyłem magicznym oprószone, próbujące coś powiedzieć, ale po co? I tak ich nikt nie słucha, bo nie rozumie. Mówi i rusza ustami, po ruchu warg widać, kiedy jest podekscytowana, a kiedy ma spokój na wargach. Gdy jest spokojna, mówi niewiele, głośno mówi zazwyczaj, gdy więcej myśli. Wtedy zdania ma krótkie, a ruchów niewiele. Babcia jest maleńka, cała jest miniaturowa, coś na kształt i wzór sznaucera miniaturki, maści pieprz z solą. Odrobinkę przygarbiona. Ale jak na swój wiek, szprycha jest i struna. Zasuwa z prędkością światła i ma problemy z wysiedzeniem na tak zwanej tylniej części ciała, potocznie tyłem zwanej.
Dałam jej kiedyś moje jeansy - moje ulubione były. Wtedy. Ja w nie już nie wchodziłam, nawet do kolan, a ona weszła w nie cała i to jak weszła! Osiemdziesięciolatka z gracją czterdziestki, weszła w nie do dna. Tyłek babci w moich spodniach. Jedna z większych moich traum. Babcia ma kilka życiowych problemów. Często nie ma się w co ubrać. Jak twierdzi wszystko co ma z ubiorów, z szat które człowieka z niej nie uczynią, bo już nim jest od urodzenia, jest za stare i przeterminowane, dawno „out”. A ona przecież dzisiejsza jest, a nie żadna stara baba. Butów też ma niedostatek. Niby tylko szewc bez butów chodzi, a ona z szewcem nie miała i nie ma nic wspólnego, ani romansu, ani dzieci z nieprawego łoża szewskiego. To ja się teraz pytam, dlaczego babcia bez butów chodzi, skoro ma ich wszelkiej maści kociej, pełne zbiory muzealne?
Tak. Żyjemy razem, z moją babcią, w muzeum. Mieszkamy, jemy, śpimy, oddychamy. Nie chciałabym nazbyt przesadzać, ale… Wchodzi się do maleńkiego przedpokoju. Mały jest, bo moja babunia też maleńka, małe ma stópki. Wiecie jak drobi gejsza? Moja babcia też tak potrafi, jakby gejszą pod Włocławkiem na świat przyszła. Mały ma tułów i drobny, to po co jej wielka szafa w wielkim przedpokoju? Szafa akurat jest olbrzymia. Babcia lubi skakać po wszelkiego rodzaju podnóżkach, drabinach i stołkach - do stołków ma wyjątkową słabość. Polega ona na tym, że im bardzie chybotliwy, niepewny ten stołek, tym lepiej się babci na niego wskakuje, w myśl zasady: „I tak sieee keeedyś zabijeeem”. Babcia tak mawia, a my mamy ochotę zabić ją w trakcie wypowiadania tych słów, zanim zdąży je do końca wykrzyczeć. Głucha jest, więc krzyczy. Prawie. Czyni wielką różnicę, jednak moja babcia bardzo głucha jest, na granicy resztek słuchowych.
W gronie nie pogada i nie posłucha, bo wszystko zlewa jej się w jeden bełkot, jak ta zupa Eintopf. Gdy siedzimy tak przy jednym stole i wszyscy coś kraczą, babcia rozpoczyna spektakularnie. „Teatr 1001 Min” zaprasza na przedstawienie. Na czym to dokładnie polega? Uśmiecha się w najmniej adekwatnym momencie, sekundę jedną po tym, gdy ktoś z grona mówi, że Kowalski na łożu śmierci już leży. Inny z towarzystwa przy tym samym stole powie, że najadł się nieprzyzwoicie, do tego stopnia, że albo zaraz zwróci co wziął i spożył, albo pęknie wzdłuż kręgosłupa, przez pępek. Wtedy babcia wstaje i ze złą miną, takie miny tylko wiedźmy potrafią robić i tylko prawdziwe, zwraca się do tego najedzonego, który na krawędzi życia i zgonu siedzi, bo boi się ruszyć, tymi słowy: „No jedz jeszcze, czego nic nie jesz?! Komu to zrobiłam, raz to nie zawsze! Jutro nic nie beeedziesz jaddd!”. To prawda. Jak jeszcze coś włoży, w szczelnie zaciśnięty swój otwór gębowy, to jutra już nie będzie. Dla niego nie nadejdzie.
Klucze wczoraj dorabiała, babcia. U klucznika, ślusarzem chyba nazywa się tę profesję. Klucznik na pierwszy rzut oka sympatyczny. Ze sformułowaniem „bardzo sympatyczny” - poczekam jeszcze chwilę. Poszłam nieproszona z kluczami dwoma, do wyżej wspomnianego. Z oryginalnym i z tym mniej, a bardziej podrobionym. Poszłam po tym, jak babcia od niego wróciła. Facet - wziął i spierdolił. Nie. Nie, że zabrał babci klucze i uciekł, tylko że dorobić tego klucza prymitywnego nie potrafił tak, żeby było dobrze. Żeby klucz wchodził w dziurę i się w tej dziurze obracał. W lewo i w prawo, w zależności od tego, czy kręcę tym kluczem w prawą, czy też w lewą stronę. No chyba taka jest funkcja i rola klucza dorobionego?
Niedorobiony był ten klucz pod każdym względem.
Dlatego wzięłam klucz w swoje ręce z rąk babuni, rąk które wszystko potrafią zrobić i wszystko w życiu już robiły. Są tak bardzo pomarszczone te dłonie, że szacunek im się należy, tym dłoniom i babci mojej. Dłonie mają też paznokcie. Manicure babcia też robi sobie sama, ale nie potrafi. Nie potrafi zrobić tak, żeby wyglądały i pasowały do tych jej dłoni. Kiedyś bardzo chciałam pomalować jej paznokcie. Chętnie przystała, na niemoralną, moją propozycję. Wzięłam przeźroczysty lakier z całą masą brokatowych drobinek w nim utopionych, różnej wielkości drobinek, złote były. Jak dłonie mojej babci. Złote. I nie był to sylwester, ani złote czasy.
Stoję przed tymi drzwiami, z tymi kluczami dwoma w dłoni mojej prawej i się bawię. Raz wkładam oryginalny klucz, który się kręci jak ta lala, jak ja sobie tego chcę i życzę, wchodzi i pasuje jak ulał, jak na miarę skrojony, a nie skradziony i wychodzi z dziury, kiedy ja go postanawiam z tej dziury uwolnić. Taki ciemny, szary i stalowy jest. Jakby nigdy nie było nim w dziurze kręcone, jakby bezużyteczny był, zapomniany i zagubiony w przeszłości, a teraz nagle ktoś sobie o nim przypomniał i postanowił sklonować. Numer trzydzieści trzy ma wyryty na uchu swoim. W uszku dziurka na tasiemkę.
Ale to oryginał jest.
Inaczej ma się sprawa z kluczem dorabianym i niedorobionym. Ten jest jakby za jasny, zbyt cynkowego, za jasnego koloru, odrzuca na pierwszy rzut oka, kolor i jego brutalne szlifierką potraktowanie. Nie wiem, ślusarzem nie jestem, mam jednak nieodparte wrażenie, że lepiej bym ten klucz na szlifierce przeleciała w mig. Ale kto mnie do szlifierki dopuści. Na pewno nie ten ślusarz niedorobiony. Przepraszam, ślusarz od klucza niedorobionego.
Na spacer wyszłam drugi raz, zmuszona. Nie lubię, gdy się mnie zmusza. Nie lubię słowa: „ muszę”. I już! Lubię się przemieszczać. Lubię oglądać świat. Nie lubię moich uszu bez dźwięków.
Po babci to mam.
Komentarze
Prześlij komentarz