JA I MÓJ WRÓG



Siedzę, cały dzień przy moim stole. Na jego szczycie. Szczyt moich możliwości. Wyżej nie dam już rady szczytować. Przy ładnym, dużym i długim stole dębowym, siedzę. Wysoki jest na połysk, koloru czekolady mlecznej, miejscami zmieszanej z odrobiną gorzkiej, na brzegach ma ramkę inkrustowaną. Szlachetny i dostojny z niego stół. Pamiątka rodzinna, idealny na długie spotkania towarzyskie, w dużym gronie, nie tylko rodzinnym. Grona nie mam wielkiego. Są pojedyncze jednostki, rodzeństwo i kilku znajomych.
 
Starsza siostra uśmiechająca się od kilku miesięcy z powodu emerytury. Większość życia w fabryce czekolady przepracowała. Czekoladowe lata to nie były, nie miały ani smaku, ani konsystencji rozpływającej się, aksamitnej mazi na języku i podniebieniu. Wrzodem bardziej były, te czynne zawodowo lata, nie powiem jakiej części ciała wrzodem. 

Młodszy brat nadal jeszcze na szczycie bankowej drabiny zawodowej. Niezawiedziony, ale rozwiedziony. To nie są chudziutkie, drobniutkie i chwiejne szczebelki drabinki, jak pajączka nóżki. To drabina na wypasie. Z takiej rzadko się spada, raczej się nie spada. Na szczycie takiej drabiny, człowiek sam decyduje, kiedy ma ochotę zejść na ziemię. Myślami krąży już przyszły emeryt-bankowiec po kuli ziemskiej i jej zakątkach. Światowe i fantazyjne są, jak drabina, na której stoi. Luksusowe.

Na końcu ja.

Z myślami nad stołem. Uwzględniając rocznik i datę przyjścia na świat, po środku jestem, a nie na końcu. Najstarsza siostra - Sofia, średnia ja - Ciara oraz najmłodszy brat - Marcello. 

Oto moja rodzina. 

Czasami przychodzą w odwiedziny. Siostra bywa dość często, ale na sofie lubi przesiadywać najchętniej, nie przy stole, przy którym ja żyję na co dzień. Ciekawa jestem co Sofia czuje, za każdym razem, gdy tak chętnie zapada się na tym miękkim siedzisku, lekko uległym  ciału, które na nim spoczywa. W dłoni trzyma najczęściej kieliszek, a w nim Aperitif, więc ostrożnie i delikatnie siada.

Nie ma dźwięków. We mnie raczej niemy krzyk. Po co się duszę? Mogłabym przestać niemo krzyczeć i zacząć wyć o większą rezerwę siły walki. Z sobą walczę na śmierć i życie. A ono dalej się kula, jak ta u nogi, ciężka. Duszę się przed każdym kolejnym, zaczerpniętym haustem powietrza. W moim powietrzu jest wszystko, o czym zamilkłam przed laty. Żal, że to akurat ja wylosowałam fortunę, co kołami się toczy. Ogarnia mnie pusty śmiech, że od ponad trzydziestu pięciu lat stawiam to samo żałosne pytane. 

Dlaczego ja? 

Mimo tego, za każdym razem, odpowiedź na to pytanie milczy, nigdy jej nie ma, gdy jest potrzebna. Jakby to miało cokolwiek zmienić. 

Dlaczego? Dlatego - kurwa! 

Chętnie przeklinam, ale to również nie działa i nie czyni cudów. Bunt, że inni mają mniejsze stężenie goryczy w wydychanym dwutlenku węgla. Wściekłość, że sama zostałam na polu walki, że otoczyłam się wałami obronnymi, przed każdym, pojedynczym najeźdźcą z wyciągniętą w moim kierunku ręka. Odgłosy mieszkania wyrywają mnie z otchłani trwania w bezruchu. A ja nawet łzy nie zdradzę, otaczającej mnie samotności - mimo że tak dobrze się znamy. Skoro tak dobrze i owocnie rozwija się nasza wieloletnia znajomość, to nawet ufam tej mojej samotni, że nigdy mnie nie opuści, aż do śmierci. 

Żyje ten pusty dom, ze mną w roli głównej. Oto świadectwa żyjącego domu, żeby nie powiedzieć, tętniącego życiem. Woda kapie z kranu. Niekiedy patrzę, obserwuję te spadające kropelki, słyszę to kapanie subtelne i upierdliwe i wyobrażam sobie koniec świata. Odszedł ten, który zawsze wszystko serwisował, więc woda kapie. Mój mąż mnie zostawił.

Dlaczego? - Dlatego! 

Drewniane krzesło z powodu wielu lat wysługi informuje mnie skrzypnięciem, że czas płynie. Mucha dźwięczy i próbuje mi coś wytłumaczyć, albo udowodnić. Ryzykuje. A mimo to igra z własnym życiem, na moim prywatnym terenie, na moim osobistym polu bitwy. Wie, że nic jej nie zrobię. Nie jestem w stanie nic jej zrobić. 

Ulica zaczyna drgać, pęka w szwach moja cisza. Sąsiedzi znowu wiercą. Rujnują moją ciszę, budują swoją lepszą przyszłość, na mojej ulicy, pod moimi drzwiami. Ja już niczego nie zbuduję. Ja już nie chcę niczego. Myślę. Tonę w tym morzu analiz, ale nie rozbudzam sentymentalnych wspomnień. Nie dziękuję, za to co miałam i nigdy nie podziękuję za to, co mam. 

Zimno mi. 

Najbardziej w stopy. Zawsze są zimne, lodowate jak moje spojrzenie. Mam piękne, brązowe oczy, ciemny orzech oczu. Wystarczy mała, czarna kreska, lekko muśnięta powieka tą kreską i staję się inna, jeszcze piękniejsza. Oczy zwierciadłem duszy. Dlaczego więc spojrzenie mam lodowate? Gdzie mój temperamentny ogień pochodzenia włoskiego? Bywa, czasami mnie odwiedza, gdy się nie zgadzam z czyimś zdaniem. Często się nie zgadzam, mam zawsze własne, zawsze odmienne. Takim odmieńcem jestem, jeszcze bardziej się nim stałam. 

To ona jest wszystkiemu winna. Dlaczego nie mogę zaprzyjaźnić się z moim osobistym wrogiem, posiadanym na wyłączność, który nie opuszcza mnie na krok? 

Zabawne słowo - krok. Tyle kierunków, a ja stoję, nie kroczę, bo siedzę, ale jeszcze nie leżę. Moje życie wywróciło się na plecy i leży, a ja go nie chcę podnieść z ziemi. 
 
Zawsze byłam realistką. Tą, co tak stanowczo blisko ziemi stąpa. Kiedyś - najlepsza studentka prawa, najlepsza prawniczka, najlepsza żona, nigdy nie matka. Nie byłam nią, bo nigdy się nią nie stałam, nie chciałam. Moja decyzja - moja wina. 

Dzisiaj - uziemiona głową, duszą i ciałem. Nigdy tak nie było, ale się porobiło. Przyziemnie. Samo się zrobiło. 

A ja zawsze taka zorganizowana, przewidująca, dociekająca, pełna żądzy, żądna władzy. W całej pełni i krasie kontrolująca każdą napotykaną sytuację. To ja dyktowałam warunki i wpływałam na rozwój akcji. Wielka dyktatorka codzienności i otaczającej rzeczywistości. Z tego się nie wyrasta, jak z przymałych butów. Władza, dominacja i despotyzm uzależnia, wczytuje się na stałe w krwioobieg. Krąży w żyłach i tętnicach nie przestając stygnąć. Rozgrzewa do każdego kolejnego wyzwania, następnego kroku. Pod warunkiem, że panujemy nad równowagą. To ja. Taka byłam, nigdy nie stygnąca. Płomień olimpijski trzymałam zawsze uniesiony. Spojrzałam na zadanie lub usłyszałam hasło, a natychmiast wiedziałam jak i którędy osiągnę szczyt. Wystarczyło, że podniosę wzrok i już go widziałam, był zawsze w zasięgu mojej drogi i moich możliwości . Wtedy miałam możliwości, byłam zawsze na właściwiej drodze.
 
Nigdy wcześniej tak nie było, ale się zrobiło, się narobiło. 

Jestem silna. Jestem słaba. Od osiemnastego roku życia jestem chora. Od osiemnastych urodzin wiem o mojej chorobie. Jestem jeszcze kobietą. Mam pięćdziesiąt cztery lata i cierpię na MS. Siedzę na wózku. 

Trwam.

Chcę być, więc jestem. Jestem na bezdrożu. Jestem skończona. Jestem nieskończonością.






Komentarze